
Delegaci biorący udział w Walnym Zjeździe w Nowym Targu podjęli decyzję, że Marek Król będzie nadal prezesem Polskiego Związku Snowboardu. Zjazd ten, ze względu na kuriozalny przebieg, przejdzie do historii polskiego sportu.
Miejsce - drink bar „Klub Muzyczny Dudek" w Nowym Targu. Przed wejściem koczujący zawodnicy, z Jagną Marczułajtis i braćmi Ligockimi na czele. W drzwiach ochroniarze, którzy pieczołowicie sprawdzają listę zaproszonych. - To dla sprawnego i merytorycznego przebiegu obrad. Nie chcieliśmy, aby na sali były osoby do tego niepowołane - wyjaśnił prezes Król.
Problemy z wejściem do klubu mieli także przedstawiciele Ministerstwa Sportu i Turystyki - dyrektor Departamentu Sportu Kwalifikowanego i Młodzieżowego Anna Budzanowska, podsekretarz stanu Tomasz Półgrabski i Witold Czerniakowski z Departamentu Prawno-Kontrolnego. - Jestem niemile zaskoczony. Reprezentuję rząd i pana premiera oraz ministra Adama Giersza, więc czuję się niekomfortowo, że spotkanie tak ważne dla tej dyscypliny przeprowadza się w drink barze. Nie spotkałem się dotychczas z tym, żeby stojący przed płotem ochroniarze legitymowali ministra czy panią dyrektor. To jest co najmniej nie na miejscu, zwłaszcza, że trzy dni temu w rozmowie z panem prezesem Królem zapewniliśmy, że przybędziemy na zjazd - mówił Półgrabski.
Dwie godziny po rozpoczęciu obrad, głównie dzięki interwencji przedstawicieli ministerstwa i mediów, wpuszczono zawodników. - Nie mam pojęcia, czemu wcześniej nie chciano tego zrobić. Jakaś działaczka siedząca obok mnie powiedziała, że oni dobrze wiedzą, co to za ludzie ci zawodnicy i że nie ma sensu ich słuchać. Spytałem tylko tę panią, czy uważa, że dla polskiego snowboardu ona jest ważniejsza niż Jagna Marczułajtis - opowiada Zbigniew Waśkiewicz, który na zjeździe występował jako szef AZS AWF Katowice oraz wiceprezes PKOl. Szybko jednak opuścił salę obrad. - W życiu w czymś takim nie uczestniczyłem. Byłem głęboko zdegustowany. Miejscem, formą, sposobem prowadzenia itd. Wystąpił syn prezesa i krzyczał na wszystkich, bo jak stwierdził „jest na aplikacji adwokackiej". Gratuluję życiowego sukcesu, ale co mnie to obchodzi? Ochroniarze biegali do prezesa spytać, czy mogą wpuścić wiceministra. Paranoja.
Tak jak podział mandatów ze względu na siłę sportową. Klub, który reprezentuję, miał trzech olimpijczyków w Vancouver (łącznie do Kanady pojechało czworo snowboardzistów - przyp. red.), a dostaliśmy jeden mandat. Klub pani, która siedziała obok, miał pięć - opowiada Waśkiewicz.
Dodaj komentarz