
Selekcjoner Andrea Anastasi dostał po poprzednikach niezłą potrawę, ale potrafił umiejętnie dodać pikantnych przypraw. Ta mieszanka dała nam już trzy medale - pisze wtorkowe wydanie Przeglądu Sportowego.
We wtorek mija dwieście dni od pierwszego meczu biało-czerwonych pod wodzą Andrei Anastasiego. 20 maja pokonaliśmy w Miliczu 3:1 Rosjan. – Widzieliście jak oni walczą? Kocham ich za to – cieszył się wtedy trener po zaskakującym sukcesie.
– Anastasi postawił na mocne charaktery, wojowników bez skrupułów. I oni nie zawiedli. Ostre przyprawy w postaci Zbyszka Bartmana i Michała Kubiaka dodały smaku naszej grze i zaostrzyły apetyty przed Londynem – podkreśla były selekcjoner Ireneusz Mazur.
Dwieście dni temu nastroje były zupełnie inne. W kadrze nie mogli lub nie chcieli grać jej liderzy: Michał Winiarski, Daniel Pliński, Paweł Zagumny, Sebastian Świderski i Mariusz Wlazły.
– Nie widzę konieczności, by w kadrze występowali sami najlepsi. Ważniejsze jest to, by stworzyć prawdziwy pomysł na reprezentację i znaleźć ludzi, którzy w nią uwierzą. Tak jak we flagę, ojczyznę. Chcę mieć w drużynie takich ludzi, jak kiedyś ci, którzy walczyli w „Solidarności" o wolną Polskę – przekonywał Anastasi.
Dodaj komentarz